powrót

piekący spokój puls nieistnienia oddychanie wapnem grubych ścian drapanie pleców do bólu do zdarcia paznokci

nie pamiętam już twojego ciała

papierki po cukierkach i bandaże czerwień kwitnąca na przedramieniu jak róża tępe ostrze języka bo to jest język ognia poza tym nic tylko brud za paznokciami pierwszy śnieg tego lata popatrz na parapet

noc

moje ciało jest cmentarzem choć od dawna nie przyjmuje zwierząt rośnie mały wielki wóz noc jest cała w ćwiekach boli tak że chcesz się wtulić w kogokolwiek / cokolwiek

zło konieczne

produkcja śmieci produkcja śmierci makulatura z której zrobią gówniane książki będą je czytać w autobusach tramwajach a potem szybko chować do torby tak by nikt nie zauważył okładki obóz koncentracyjny obóz ogólnokształcący

rzekła babka

człowiek to tylko kupa mięsa i hormony

moje imię

samogłoski spółgłoski palatalności nie ma innych paraleli między nami nie czytaj wierszy bo zmiękniesz będziesz tęsknić za tymi którzy tobą gardzą jesteś brud kurz krew pod paznokciem już nie czekam kiedy je wypowiesz

listopad

znaleźć język który byłby jak my obcy znaleźć głos który mógłby pokonać tę ciszę kiedy się żegnamy znakiem krzyża znaleźć listopad który byłby do zniesienia lub do odwołania choć właśnie w listopadzie jest tyle dni wolnych od pracy

faktura bólu

tyle w płucach nocy wydychanie krwi niebo nie jest niewinne w głośnej fonetyce gwiazd jesteś wierszem jesteś kontekstem poza który nie umiem wyjść z sercem skóra od dawna nie nosi znamion ciszy dotknij mnie choć nie starcza już ciała na blizny

wyrazy obce

żuję powietrze połykam byle zapomnieć języka w którym nie potrafimy się spotykać same potknięcia i przejęzyczenia

arytmia

dzieci bawiły się na podwórzu szybka piłka z twojej strony nagle odejść choć deszcze zaraz potem śnieg w szufladzie niewywołane zdjęcia jak pęknięcia że byliśmy szczęśliwi tej nocy wyjątkowo często jeździły karetki ich światła migotały w oknie jak zastawki