Inwestujcie w mocne strony, czyli nie jestem Justinem Bieberem

Nie jestem Justinem Bieberem. On w wieku 19 lat wydał biografię. Ja nie ośmieliłabym się streszczać i komentować swojego życiorysu w wieku 25 lat. Ale ja nie mam tylu milionów wydanych płyt, co Justin. Bo w sumie nie nagrywam płyt, ale znam kogoś, kto to robi. Poza tym, wiem swoje.

Dlatego kiedy przemiła nauczycielka z mojego liceum poprosiła mnie o nagranie filmiku dla przyszłych czy obecnych uczniów i uczennic, to chciałam powiedzieć o czymś więcej. Chciałam wspomnieć o czymś, co według mnie jest superważne w wieku dorastania, ustalania priorytetów, wartościowania. 

Mówię o inwestowaniu w mocne strony i talenty. Mówię o tym, jak ważna jest praca i zdobywanie doświadczenia.

Nie czuję się tak swobodnie za kamerą, jak za klawiaturą, ale dostałam tyle pozytywnych słów po opublikowaniu tego materiału na Facebooku, że postanowiłam się z Wami nim podzielić. Mam nadzieję, że nie będziecie zawiedzeni.

Dajcie znać. ;-)

Dlaczego przestałam chodzić na prezentacje książek. Spotkania autorskie jako narzędzie marketingu

Mam 25 lat i nie bawi mnie już uprawianie kulturalnego masochizmu. Długo można się oszukiwać, ale w pewnym momencie wypada spojrzeć w lustro i zacząć być ze sobą szczerym.

PO CO CHODZIŁAM NA SPOTKANIA AUTORSKIE

Chodziłam na całe mnóstwo spotkań autorskich. Przez ostatnie lata łechtało to moje ego. Byłam taka obeznana, świadoma. Uczestniczyłam w tylu wydarzeniach naukowych, literackich, tylu spotkaniach z artystami różnej maści.

Uczestniczyłam w tylu spotkaniach, na których niczego nie dostałam. Na których wynudziłam się jak pies, bo ci wspaniali autorzy mieli dużo ciekawego do napisania, ale już niekoniecznie do powiedzenia. Bo popełniali tak szkolny błąd, że nie byli przygotowani.

Bo myśleli, że skąpani w blasku swoich (najczęściej) książek, są równie interesujący i zajebiści jak one. Bo myśleli, że ludzie przyjdą dla nich, a nie z powodu książek. Bo myśleli, że jak z rękawa będą sypać złotymi jak chleby i sedesy Janukowycza myślami, a nudzili do nieprzytomności.

Nie, nie każdy jest świetnym mówcą. Rzadko też ktoś z taką naturalną umiejętnością się rodzi. Od tego jest praca nad sobą – ćwiczenie przed lustrem znają nawet Simsy. Od tego są podstawy retoryki. Od tego jest wyciąganie wniosków z nieprzyjemnych doświadczeń. Najważniejsze jest jednak przygotowanie.

SPOTKANIA AUTORSKIE TO TYLKO/AŻ MARKETING

Najważniejsze jest znalezienie sposobu na zatrzymanie uwagi słuchaczy. Najważniejsze jest danie czegoś więcej, co istnieje poza książką – mogą to być fascynujące historie. Przemyślenia. Zdjęcia. Cokolwiek. Bez tego nie możemy mówić o spotkaniu autorskim, ale o spotkaniu czysto marketingowym. Ktoś napisał książkę, ktoś musi pojeździć za karę po kraju, żeby przy okazji wydarzenia przypomnieć się i coś sprzedać. Kupcie, kupcie, kupcie, boże, ile jeszcze tych autografów?

Jak to się dzieje, że każdy z nas wynudził się na tylu spotkaniach i dalej na nie chodzi? Mówiłam coś o masochizmie? Do tego, kiedy natrafiamy głównie na denne wydarzenia, myślimy, że one muszą tak wyglądać. Ja właśnie wtedy zdałam sobie sprawę z tego, że spotkania autorskie to nie musi być kara boska, kiedy zaczęłam odkrywać inne, nieliterackie branże.

Skoro spotkania autorskie to często wydarzenia marketingowe, dlaczego nie podążają one za najlepszymi praktykami? Kiedy nudzi mnie reklama w telewizji – zmieniam kanał. Kiedy wyskakuje mi na stronie www irytujący pop-up – wyłączam go. Kiedy po kilku sekundach nie interesuje mnie reklama wideo na YouTube – pomijam ją. Kiedy jestem na nudnej prezentacji – ?

PRZEPIS NA TRAGICZNE SPOTKANIE Z WYBITNYM ARTYSTĄ

Ostatnio byłam na spotkaniu z genialnym artystą, na co dzień żyjącym w Stanach Zjednoczonych. Powodem spotkania był niedawno wydany wywiad-rzeka.

Gdyby artysta był sam, przeprowadziłby wzorowe spotkanie. Ale w dojściu do głosu przez pierwszą godzinę przeszkadzała mu pani profesor estetyki, rozwodząc się smętnym tonem nad drobnymi aspektami nie-wiadomo-czego, po czym siedzące wokół mnie osoby (i ja również) miały ochotę umrzeć. Przez ten czas przeszkadzał też autor wywiadu-rzeki. Samą pozycją półleżącą pokazywał ilość towarzyszącego mu entuzjazmu.

Kiedy po godzinie przeintelektualizowanej paplaniny o mało istotnych szczegółach, z których głównie pamiętam ból pośladków od kręcenia się w miejscu na niewygodnym krześle, w końcu oddano głos temu, dla którego wszyscy przyszli, słuchacze zaczęli się niecierpliwić i zbierać do wyjścia.

Kto zaplanował takiego rodzaju masochistyczną orgię? Kto czerpał z tego przyjemność? Naprawdę nie dało się inaczej?

NUDZISZ MNIE? NIE IDĘ Z TOBĄ DO ŁÓŻKA

Jakoś w przypadku nudnych spotkań autorskich głupio mi było kiedyś tak w pół zdania wychodzić. Mogłam urazić, rozproszyć autora i prowadzącego… What?

Teraz wiem, że to oni mi ubliżają, kiedy nie wnoszą w moje życie niczego interesującego. Kiedy nie dostarczają ani nowej wiedzy, ani rozrywki. Czas jest czymś najcenniejszym. Mogę stracić 30 złotych na książkę, która jest do bani, ale bardziej szkoda mi czasu, którą musiałabym poświęcić na jej czytanie. Wychodzę.

Najczęściej na imprezach marketingowych czy na spotkaniach z designerami nie muszę się przejmować, szukać miejsca blisko wyjścia, żeby (jakby co) szybko się zwinąć.

Marketingowcy wiedzą, jak przykuwać uwagę, jak zatrzymać słuchacza – inaczej nie potrafiliby niczego sprzedać. Są nastawieni na efekt. Są praktykami, tak jak designerzy – uprawiają rzemiosło, pracują z materiałem. Mają wizję, cel, strategię, pomysł i jego egzekucję. Interesuje ich żywa tkanka, nie samo teoretyzowanie.

TEORETYZOWANIE JEST DO BANI

I może właśnie to o to chodzi – samo teoretyzowanie jest do bani.

Skoro spotkania autorskie i tak są narzędziem marketingowym, dlaczego nie są robione dobrze?

Kto nigdy nie był na nudnym spotkaniu literackim, niech pierwszy rzuci kamieniem.


Tekst pojawił się w kwartalniku literacko-artystycznym „sZAFa” – link TU. Polecam gorąco. ;-)

Rzecz o przeprowadzaniu i wyprowadzaniu się z równowagi. Kraków

Nie da się lepiej poznać miasta, niż poprzez mieszkanie w nim. Najlepiej – w różnych lokalizacjach, innych dzielnicach. Są jednak pewne granice. Od września mieszkam pod dziesiątym krakowskim adresem i to właśnie z powodu tej okrągłej uroczej rocznicy postanowiłam przelać wyrazy rozpaczy na ekran.

Przeprowadzki są uciążliwe. To chyba najbardziej znienawidzona przeze mnie forma spędzania czasu. Bo przeprowadzka to jest stan. To jest proces. To się zaczyna ponad miesiąc przed, kiedy trzeba znaleźć sobie nowe lokum i pozbierać w miarę sensownie w kupę swój dobytek, który wcale nie wyraża się w przedmiotach. On wyraża się w litrach, metrach sześciennych. Jest bardziej piaskiem, mąką, wodą. Czasem jest niepoliczalny. Przeprowadzka to etap selekcji, pakowania, przewożenia i rozpakowywania. To kolejny miesiąc układania siebie w innym otoczeniu, w którym zawsze brakuje przestrzeni, miejsca do położenia, ułożenia i leżenie. W którym zawsze jest mniej powierzchni, niż poprzednio.

img_0696bw_small

Za każdym razem obiecywałam sobie i księżycowi, że zostanę w danym miejscu przynajmniej dwa lata. Jak widać, bardzo mi się to udało, skoro w ciągu sześciu lat zmieniałam mieszkanie razy dziesięć. Tym razem, żeby tradycji stało się zadość, również się łudzę, znowu mam nadzieję, pewnie niepotrzebnie. Ale co tam. Trudno nie wierzyć w nic.\

Każda przeprowadzka sprawia, że próbuję ograniczyć liczbę posiadanych rzeczy do minimum. Moim przekleństwem jest jednak kupowanie książek, płyt CD i gromadzenie winyli. Tak, korzystam ze Spotify, ale w samochodzie wolę słuchać CD. Tak, mam Spotify, ale winyle mają duszę. Mam też czytnik e-booków od sześciu lat, ale niekiedy wolę kontakt z żywą książką. Niektóre pozycje kupuję w postaci papierowej, a nie cyfrowej, bo są na przykład ładnie wydane. Albo nie wiadomo czemu.

Od kilku lat staram się regularnie sprzedawać lub oddawać niesłuchane już płyty, albo książki, do których wiem, że już nie wrócę. Na stronie raczeksiążki co jakiś czas aktualizuję listę i do tej pory udało mi się odzyskać sporą kwotę. Którą oczywiście zainwestowałam w inne płyty i książki.

DSC_0155.jpg

Przeraża mnie to, ilu na co dzień człowiek potrzebuje sprzętów. Ilu potrzebuje od czasu do czasu, ale gdzieś je musi zmieścić. Ilu potrzebuje rzadko, ale też wypada je mieć. Lekko dziwi mnie to, że ubrania byłam w stanie zmieścić do dwóch walizek. A na resztę potrzebuję jakieś 100 hektarów plus balkon.

Sama już nie wiem, co mam o tym myśleć.

Macie podobny problem z ilością gromadzonych przedmiotów? Jak udaje się Wam je ograniczyć? A może wcale moda na minimalizm nie jest nikomu potrzebna? ;-)