03 ||| ZMIANA ROZKŁADU JAZDY

© Klaudia Raczek
© Klaudia Raczek

Trzyma nas tutaj jedynie możliwość wieczornego wypicia piwa. Jesteśmy nie z tego świata, nie z tego dramatu. Ktoś z nas znowu zakpił. Nocami uprawiamy masową produkcję listów motywacyjnych i CV, jakby to były wiersze. Kłamiemy jak w życiu – skrupulatnie i pewnie, choć nie mamy celu. Ciągle stoimy na peronie, ale żaden pociąg nie nadjeżdża.

Odeszłaś, bo chciałem zostać sam, a znowu związałem ręce. Przyszły nowe kobiety, które obiecały rodzić zdrowe, mądre dzieci. Od tych napięć, kłótni o bardzo wiele byle-co, tej całej prozy, od tego całego majdanu pozostały ubytki na półce z książkami i płytami, wypalone na prześcieradle dziurki po żarze z papierosów. Wszystkiemu jesteśmy winni sami, źle rozpisaliśmy role tego widowiska. Wielki wybuch, w sercu krater, nieszczelna fuga wypełniona muzyką lepką i ciężką jak masło orzechowe. Głębokie szczeliny oraz zadrapania na ścianach wyklejam utworami Szostakowicza, czasem Bacha, żeby nie bolało.

Pomyliłem zegary, żeby zabić czas lub choć trochę go unieszkodliwić. Poczuć, że mogę mieć nad nim kontrolę. Przez ciebie zapomniałem, że potrafię cokolwiek robić sam, prócz snucia po pokojach, naprzemiennego parzenia kawy, palenia papierosów. Teraz nie umiem nawet w ciszy zjeść posiłku, tułam się po parkach z bułką na ciepło. O bułko na ciepło z wkładem pieczarkowym! O gumowa zapiekanko! Do wszystkich was się jednakowo naiwnie przywiązuję, a potem znikacie w moich trzewiach jak kobiety, które obiecały rodzić zdrowe, mądre dzieci, i już was nie ma. Wszystko niszczeje, sczeźnie.

Tułam się po miejscach wyłącznie świeckich. Nie wierzę w nic, nawet w to, co piszę. Od kilkunastu lat nie chodzę do kościoła, mimo że kolana lubiły chłodne posadzki, zaklętą intymność konfesjonału, ciszę, zapach kadzideł. Wyprowadziłem się na bardzo długi spacer, zapomniałem drogi powrotnej. Zbłądziłem, ale nie, moi drodzy kapłani, filozofowie, inni nawiedzeni, którzy próbujecie mnie nawrócić – kolejny raz powtórzę: nie jestem owcą, nie szukam pasterza.

Wczesna jesień, ale późny wieczór. Wracasz ostatnim pociągiem, znowu nie do mnie. Dzieli nas wszystko, szczególnie odległość, na drobny mak rozciera w makutrze. Zimno w kościach, a jeszcze nie zaczął się okres grzewczy. Pociąga ulotność istnienia, spisywanie wspomnień, spisywanie na straty życia. Brak sensu boli w nadgarstkach. Przed snem myślę o chwilach, kiedy zostajemy sami. Zostawaliśmy. O rzeczach, które robimy, robiliśmy tylko po to, by uwierzyć, że tak musi być, że nie jesteśmy tu przez przypadek, skazani na zapomnienie.

______________________________

Co myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s