02 ||| PUSTKI, PRZEPAŚCI

© Klaudia Raczek
© Klaudia Raczek

Wszystko było na niby, pomiędzy. Księżyc świecił w tamtą noc tylko po to, by oświetlać splecione nagie ciała. Jeszcze nie wiedział, że zostanie sam. Ogryzał czas jak kostkę, do ostatniego ścięgna, do szpiku świtu. Miętosił przestrzeń, która rozciągała się za oknem jak krówka w ustach. W powietrzu czuć było delikatny zapach mentoli. Była 3:52 rano, nie mógł spać. Mama zawsze powtarzała, że dzień dobrze zacząć od wyszczotkowania zębów, wyszorowania butów, jakby te czynności miały być gwarancją dobrego zatrudnienia, sukcesów w pracy, szczęścia w życiu prywatnym.

Na umywalce znalazł włos kolegi, który już od dawna nie żył. Długo nie mógł uwierzyć, że ta śmierć jest faktem, że się wydarzyła, że nie ma odwrotu, że to nie sen. Zajrzał do jego pokoju, stał pusty. A przecież czuł obok jakieś istnienie, przedmioty zmieniały w mieszkaniu miejsce podczas jego nieobecności. Ciągle prowadził z nim dialog wewnętrzny. Ciało to tylko naczynie. To, co najważniejsze, jest zupełnie gdzie indziej.

Dni biegły zbyt wolno. Samotne życie pełne jest przepaści, na każdym kroku potykasz się o pustkę, trafiasz w próżnię, w którą zbyt łatwo się osunąć. Nie chciało mu się jeść, mimo że lodówka była wypełniona po brzegi słoikami. Połowa kuchni była zagracona butelkami po winie, po piwie, choć regularnie oddawał te zwrotne. Piękny to był film, piękny to był wiersz Jaroslava Vrchlický’ego. Minęło siedem lat, a on nadal mógł wyrecytować:

Za trochu lásky šel bych světa kraj

šel s hlavou odkrytou a šel bych bosý

šel v lednu, ale v duši věčný máj

šel vichřicí, však slyšel zpívat kosy

šel pouští a měl v srdci perly rosy

za trochu lásky šel bych světa kraj.

Jak ten, kdo zpívá u dveří a prosí.

Od gimnazjum chciał nauczyć się czeskiego, ale zawsze brakowało mu odwagi.

Kiedyś miał marzenia, potem przestał w cokolwiek wierzyć, już niczego nie zbierał, nie kolekcjonował, prócz wszelkich objawów obumierania. Zjawisk, w których wydawałoby się, nie może zagnieździć się śmierć. Wcześniej nie zdawał sobie sprawy, jak niedaleko pada śmierć od śmiechu, i to nie tylko w języku polskim. Jedyne, co pozostało mu po najlepszym przyjacielu, to kilkadziesiąt wspólnych zdjęć i charakterystyczny śmiech. Często sobie go odtwarzał w głowie, bez przyczyny i celu. Był jak marsz żałobny, rapsod. Wydawałoby się, że to nieistotne. Dopóki nie dotknie cię bliska śmierć, dość łatwo będzie przychodziło ci rezygnowanie z ludzi. Tam, gdzie jest życie, jest też nadzieja, choćby i najmniejsza.

Kiedy niemal przestał się z kimkolwiek spotykać i prawie już nie wychodził z domu, zaczął mieć problemy z rozpoznawaniem swojej twarzy w lustrze. Zmieniły się rysy, opadły powieki, wyblakły oczy. Często robił do siebie całą gamę min, wypróbowywał, jakim będą orężem w walce z ostatnimi znajomymi, którzy chcieli na niego patrzeć, czy przechodniami, którzy w ogóle mogli na niego nie zwracać uwagi.

Psie ujadanie o piątej nad ranem. Czas płynął bezlitośnie, nie przynosił snu, kiedy tylko on jest dobry na wszystko. Na jawie tę rolę spełnia alkohol, tylko on pomaga na „Podróż zimową” Schuberta, szczególnie w wykonaniu Iana Bostridge’a i Juliusa Drake’a. Nie powinien jej słuchać. Zimno, jeszcze zimniej. Zanotował temperaturę 35,5 i z każdą minutą coraz bardziej umierał, zauważał rozcieńczanie skóry. Nagle została tylko kalka, która wraz z kolejnym papierosem się zajęła, ulotniła srebrzyście w powietrzu. Na chwilę udało mu się zniknąć.

Zimne poręcze autobusu. Utknął w szóstej trzydzieści rano jak ość w przełyku. Jeszcze nie dzień, a już na pewno nie noc. I skupione w sobie, zdeterminowane tłumy do pracy, szkoły, lekarzy. Reszta była jak przywidzenie nieprzytomna, niby przezroczysta.

Oddychał śmierdzącym, dusznym, duszącym i dyszącym miastem. Kierowca autobusu nagle zwolnił hamulce, zamknął drzwi przed nosem tym, co się spóźnili. Stał w przegubie pojazdu, miotał się na zakrętach jak ryba bez wody. Stawiał opór grawitacji, opierając się o współpasażerów. W tym mieście stężenie smogu w powietrzu jest przez cały rok nie do zniesienia, a komunikacja miejska cuchnie starymi ludźmi, w których zaczęły się już odbywać procesy gnilne. Wszyscy z torbami, tobołami jak Cyganie zmieniający lokalizację taboru. Akurat wtedy wracali do domów rodzinnych na święto wieńców, wiązanek, kolorowych lampek i zniczy. Jak to jest, że czasem łatwiej pielęgnować pamięć o zmarłych, niż tych, którzy żyją i jej naprawdę potrzebują?

Nie wysiadł na pętli, skłaniała do wieszania. Nie wysiadł na wiadukcie, zachęcał do skoku. Do tego ten kościół w kształcie latającego spodka, odlot. Nie wysiadł na Placu Inwalidów, czuł się jeszcze całkiem nieźle. Wyszedł przy Teatrze Bagatela i śmiał się do rozpuku. Zrozumiał, że jest tylko igraszką, zabawką blaszaną, blaszanym bębenkiem wyrzuconym na bruk, pod nogi nieustępliwego, ociężałego losu, i już nie może nic zrobić, tylko się poddać.

Poszedł do niej, żeby sprawdzić, czy coś jeszcze czuje. Żeby udać, że wszystko jest w porządku. Zimna była kuchnia, paczka po papierosach pusta. Słońce wibrowało na niebie i jak raca spadało nierównym tempem. I słychać było przejeżdżające tramwaje, zmierzające na zajezdnię. Zawsze o tej porze roku, kiedy patrzył na drzewa, zaczynało mu być żal choinek, bo powoli przygotowywały się na bożonarodzeniowy szafot. Niekiedy, gapiąc się przez jej okno, kiedy przygotowywała herbatę z sokiem malinowym, modlił się za drzewa, o ich szybkie i bezbolesne ścięcie.

_____________________________________________

Co myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s