są oczy, oczywiście
wpatrzone. i ręce zręcznie
podające jagodzianki,
wędzony ser, buraki.
jest życie w migotaniach
przedsionków, stroboskopach
i dźwiękach zapowiadających koniec
programu zmywarki, pralki.
są kawy, koty, kotwice
poranków, i spokojne łodzie
wieczorów, odpływające na tle
krwistego nieba i vin orange.
maceracje, konstelacje, gwiazdy
wybite na niebie jak ćwieki,
pewnie i ciężko jak dar
pomorza stojący w porcie.
jutro nigdzie nie płyniemy,
albo płyniemy donikąd.
to jest o zachłyśnięciu, o skokach
do wody bez kapoka, bojki, tlenu.
pływaniu długo, blisko, pewnie.
łapczywym łapaniu pierwszych
promieni słońca po burzy. odbicia
na szybie, paralaksa, kalibrowanie
pryzmatów, soczewek, widoków.
to ratowanie tłukących się
o klosz lampy ciem.
celem jest droga,
a sama podróż,
ta podróż,
jest o szukaniu
domu.
22.6.26