35. trastevere

poruszasz się głównie po plamach
słońca. ślady na białej koszuli
po gorzkim espresso, chociaż wolisz
chemex (a szczególnie honey).
chociaż runął tamten świat,
wiosna przyszła i tak. a po niej lato,
jesień i tak dalej. znasz to.
myślałam, że już nie ma,
że nie mam wierszy wcale,
że się skończyły, wszystkie
wysypały w trawie. jak kukułki
z kieszeni, kiedy z dziadkiem
chodziliśmy na mecze beskidu.
wiersz ma ciężką stalówkę,
kiedy spokój w głowie.
myślałam, że już nie ma,
że nie mam siebie, tylko zadania
do wykonania, i suche, cudze,
powtarzalne frazy, zdania.
że będę się kręcić po pustych
i żółtych kartkach midori
jak turysta, co robi okrążenia
na parkingu, bo zgubił ulicę, adres,
i nie wie jak do auta trafić.
a wszystkie drogi już nie prowadzą
do ciebie.
że język jak mydło, ślizga się
po brzegu wanny, american accent,
że teraz tylko szybkie samochody,
omegi na ręce, fancy hotele,
private equity i pustka w niedzielę,
bo teraz nie masz social mediów,
wysoko cenisz przestrzeń,
masz swoje granice, ale
gdzie są starzy przyjaciele?
pióro miało wyschnąć, usiąść
na parapecie jak ranny ptak,
odlecieć, odpaść. dekapitacja.
może tylko tak potrafił twój giovanni.
ale jest muzyka, której nie słuchałam
przez lata. miejsca, które mijałam
w pośpiechu, i książki, których
wolałam nie dotykać, żeby nie spłoszyć
ciszy. coś jak życie na wdechu,
z pięścią w żołądku, jak wtedy, kiedy
przed sądem przyrzekasz mówić prawdę,
tylko prawdę. albo na lotnisku mówisz,
że nie przewozisz ostrych przedmiotów,
ale w plecaku masz całą dorosłość,
i te wszystkie niebezpieczne związki.
po co komu prawda, kiedy można żyć
marzeniami, snami, i cudzymi historiami?
może jest gdzieś jeszcze jakiś wiersz,
myśl, dreszcz, których jeszcze nie zużyłam
na to wino przy świecach, na te nieprzespane
noce i dnie. może jest coś poza arkuszem
kalkulacyjnym, formułami, kolumnami,
może jakiś wiersz. może jest też na trzeźwo,
już drugi rok, może soczysta fraza, chociaż
bez mięsa lat szesnaście. może będzie
treściwy, chociaż bez cukru, bez węgli,
za to więcej tłuszczu. kiedy człowiek
zaczyna się w zasadzie kurczyć?
może kartka pomieści to życie,
w którym słowa nie rodzą się już
ani z braku, ani z nadmiaru.
może biorą się też ze środka,
który tak, jest złoty,
ale też skromny (wiadomo).
szczęścia, zdrowia, pomyślności.
wszyscy życzą ci tego samego,
może dlatego się nie spełnia.
wróćmy tu jeszcze, gdzie życie tętni
pod stopami od tysięcy lat nieprzerwanie.
trzymaj mnie za słowo, i trzymaj mnie
za rękę, trastevere.

Co myślisz?