Ktoś przybił mnie do nieba. Ryszard Milczewski-Bruno

Z KSIĄŻEK UTRACONYCH I ODZYSKANYCH
[nr 2]

[Ryszard Milczewski-Bruno, Poezja, Czytelnik, Warszawa 1989]

Bruno uprowadzony za 1 PLN. Zresztą wszystkie pozycje, które – już nałogowo – zdobywam na tandecie książek używanych, są wyjątkowe. Zapach kilkunastu dłoni, co wcześniej dotykały ich strony. Wyblakłe okładki, napiętnowane historią dłuższą, niż moja własna. Inne przekłady, wersje nieznane, niepoprawione, pierwsze. Albo i niepublikowane utwory, nawet w późniejszych antologiach.
__________________________________________________________________

Dzisiaj zaczynam na nowo gwoździa modlitwę o młotek. Pewnie wypiłabym z wami wódkę, tylko ktoś przybił mnie do nieba, a skoro już wiszę – mdła zawiesina płucna – na swoich krzyżach, to niech dobiją, wykończą do nocy. Bo noce są nieprzewidywalne pod względem kształtu, ale zawsze równie intensywne. Gorzkie. W zbyt mocnym oczekiwaniu (tylko czego? czy nie wiem?) chwytam się zasłon jak pasów bezpieczeństwa. Próbuję siły nośnej zawiasów, a słońce jak złodziej, ucieka przed każdym oknem. Mieszkam na wzniesieniu, łatwiej dogląda się miasta przy podobnej topografii. Widzisz, tam w oddali nad wodą miastowi używają wieś.

Zwykle mam dobre intencje, ale i tak trafiam przez przypadek, przez horyzonty wszystkie na ołtarz piekła. W okolicach północy wychodzą upiory, najczęściej tylko imaginacje, twory prosto z głowy, a ty – leżąc wygodnie na łóżku, kolejną godzinę tylko próbujesz zasnąć – wściekasz się, mówisz: masz duży łeb, to się martw.

Chociaż nigdy w nie nie wierzę, to jednak kolejne nowe rano nadchodzi. Przepalam się do jego nagiego mięsa, przez poświatę jasnej skóry, bo porannej. Poranionej. To będzie nazbyt gorący dzień, ale nie martw się, spocone ciała lepią się do siebie, same z siebie. Nie martw się, nagość naszą obłupiemy z soli. Bo kiedy zaschnie nam na łopatkach, będzie można zlizać.

Nie chcę tego, ale jesteś mi najbliżej, gdy ciebie nie ma. Słowa, słowa, słowa – niewiele znaczą, i to zwykle przez nie pęka podkowa naszego życia na dwa obce sobie echa. Zbyt wiele dłubię w mowie, rozgrzebuję co umarłe, a nie umiem pogrzebać. Zdecydować w takt, w punkt. Naturalnie przeze mnie strasznie żonate, a niezamężne to kochanie nasze. Jakby tego było mało, do każdego podchodzę z jednakowo silną monogamią; nie możesz zrozumieć, nie jestem pewien, czy chcesz. Posiadanie umysłu i pierwszej myśli co rano, później ostatniej, zaraz przed snem; czy to nie istotne? Czy to nie ważne, że chcę wracać do codziennego chleba, ale po drodze próbując jeszcze innych potraw, choć już nie z takim lubieżnym zacięciem? Zostawisz mnie, jak zostawia się psa – jadąc na wczasy. Zwierzę nie zna jutra, tylko teraźniejszość klei zęby. Jeżeli nie będzie cię jutro, nie ma cię zupełnie. Całe, nieskończone teraz, kiedy ja jeszcze tu, a on już za mnie, w tobie.

Co z tobą, biedactwo, skoro nie ma skąd wracać, ani się przeszczepiać? Dokochałem cię do kości, nie ma ratunku, najwyżej nad wierszami pomieszkamy sobie, leżąc, a w komórkach poezji zaśni się sen. Bo własne mieszkanie może stać się wrogiem, jeśli przeraża, nie daje spać. Jeśli jest puste, a i tak oddycha własnym rytmem, którego jeszcze nie znasz, nie oswajasz, bo to nie martwa architektura, a żywy organizm. Jeszcze bardziej rozstraja pewien brak do niego zaufania, poddawanie pod wątpliwość tych podwalin ze szczerości i stałości. Może go kradną, może okradają, a może on się po prostu puszcza. Zaprasza do środka. Wejdź, proszę, tu nie ma zegarów, nikt się nie spieszy. Zegary tylko chodzą tam i z powrotem, trzymając mój czas na rękach, a na co komu hasło rzucane do biegu; gotowi, start.

Szukam ludzi, którzy potrafiliby mnie zatrzymać na dłużej, niż pierwsza wzmianka o pogodzie, drugie napomknięcie o polityce, trzecie o sporcie (z którym raczej – jeśli już – mam stosunki chłodne, bo ani nie wyglądam, ani z oczu tężyzną mi nie patrzy). Szukam ludzi, którzy potrafiliby mnie zatrzymać na dłużej. Próbuję przecedzać całe masy, siedząc na plantach, wysilając wewnętrzny sonar, lecz to trudne, gdy przyrost ludzi coraz większy, a człowieka coraz mniej. Pomagam sobie, proszę o wino za wiersz, o chleb, ale nieznajomi rzucają do kapelusza wyłącznie krzyż na drogę i powodzenia; a spróbuj wykarmić krzyżem swój głód fizyczny, głód cielesny, głód psychiczny i każdy inny jego rodzaj. Stanie ci, ale kością w gardle, na dodatek – suchą.

Mój pesymizm czasem męczy się, na krótko odstępuje miejsca nadziei i mogę się tułać wiecznie – do każdego jutra i z powrotem, byleby tylko znaleźć człowieka, któremu zaufam. Kiedy jest najgorzej, plączę się pieszo po książkach. Chodzę po nich, przemierzam je, lecz nie uszkadzam, wgryzając tylko – jak komar – w żyłę. Dostępnymi środkami odurzającymi błądzę po tytułach albo “W drodze”, albo “W poszukiwaniu straconego czasu”, lub też w ogóle “Sprzedam dom, w którym już nie chcę mieszkać”. Puenta jest taka, że w literaturze człowieka sto procent w człowieku, a jedynie coraz mniej potrafiących czytać, pragnie pić ze źródła. Coraz mniej pragnie, a tylko żąda. Coraz mniej żąda, a raczej się rządzi. Coraz więcej analfabetów lepiej od magistrów zna życie, choć powinno być odwrotnie. Choć magister powinien być nauczycielem, nawet jeśli tylko z racji łacińskiej definicji, etymologii. Sam handlowałem świniami – i poznałem się – na ludziach, czy mogę jeszcze wierzyć w odwrócenie prawdy (światła)? Stawiam podskórne pytania, sofizmaty, solipsyzmy, antytezy. Nic dobrego z tego nie wychodzi, właściwie nic nie wchodzi.

Uciec, to jedyne wyjście z sytuacji. Kiedy tak cały dzień noc dzień w twardym pociągu, to boli ciało razem z duszą, a w zmęczeniu można się ułożyć w sen, jak w trumnę i doczekać rana. Wstać od nowa prawą nogą lepszego dnia, choć znać we mnie potykającego się w sobie – tobie. Wiem, jestem prowizoryczny jak człowiek naszych potarganych czasów. Tylko powiedz, jak mam prościej objaśnić, że aby żyć, trzeba mieć człowieka, tak w sobie jak i obok. Razem i w. Że to jesteś ty.

Halo, przepraszam, gdzie tu wyprostować płacz i czy tę ciszę ktoś nakręcił? Czy wystarczy pójść do lasu, zabrać ze sobą coś na zbawienie duszy (wszystkie znane książki o samotności), coś na zbawienie ciała (trzy duże wódki na ręczniku w zachodzącą tęczę). Nie bój się, rozluźnij, nikt nas nie podgląda; to gdzieś w nas piszą donosy na życie. Zatem chcemy trochę wypić i zapomnieć kim jesteśmy. Wypadamy z siebie – zdublowane matrioszki – i stajemy obok, trochę hedonistycznie, bo dobrze tam gdzie nas nie ma.

Myślę, że znam twój ból i w jakich górach się roznosi, kiedy jesteś za daleko. Rozpamiętuję je, bo to są moje góry – tęsknoty. Cały jestem górą kości, kiedy obgryza mnie twojego smutku pies. Wiesz, kto samotny – trzyma głowę nad przepaścią, a ja mam lęk wysokości i chcę mieć nadzieję, że wyląduję miękko, na podbrzuszu, lecz nie swoim. Tylko proszę, nie patrz mi w oczy, kiedy śpię – jestem daleko od siebie, a od ciebie jeszcze mocniej. Tylko proszę, nie mów, że rozstańmy się, i że tak będzie dla nas lepiej. Nie przeczę, ze mnie szatańskie nasienie, ale jestem może diabłem, który miałby szanse być bogiem, a jeśli odejdę, to na zawsze, jak niekochany dzień odchodzi w niepamięć.

Jedna myśl na temat “Ktoś przybił mnie do nieba. Ryszard Milczewski-Bruno

  1. Zawsze Cię kochałam. A dziś – po przeczytaniu tego tekstu dużo więcej niż wczoraj Cię kocham.
    Może jesteś po prostu moim niespełnionym pomysłem na siebie.

    Polubienie

Co myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s