Zebrana, zgubiona. Krystyna Miłobędzka

Tekst ukazał się w kwartalniku literacko-artystycznym sZAFa nr 36/37.

A parę lat później odnalazł się jeszcze w czasopiśmie „Red.”.

_______________________________________________________

Krystyna Miłobędzka w swojej poezji sama wydaje się być zbieraną i zarazem gubioną. Zebraną, zwartą i oszczędną w rzemiośle poetyckim, ale też czasem zagubioną wśród semantyki, niejednoznaczności i emocjonalności. Nawet jej notka biograficzna trąci tajemnicą. Bo to, że została urodzona 8 czerwca 1932 r. może i nie wzbudza podejrzliwości, ale to, że ów akt miał miejsce w Margoninie koło Chodzieży? Może i nie jestem wytrawnym geografem, ale i nie zupełną dyletantką w dziedzinie kartografii. Mimo wszystko muszę posiłkować się dobrodziejstwem wujka Google i sprawdzić gdzie to, co to i dlaczego takie małe. Bo miasta te są niewielkie, gdzie trudno wcisnąć brzęczącą muchę między plotki. Zaścianek jakby wiejski, choć miejski. W takiej też atmosferze dorastała sama Miłobędzka, zresztą i jej poezja podszyta jest naturą, w przeróżnej postaci. Tak samo jak skrytością, należną małym miasteczkom, gdzie poetka się ukrywa od dawna (tym razem jest to pobliskie Puszczykowo), nie zamierza wypływać towarzysko. Wstydzi się pokazywać, wypowiadać. Spowita chorobą pisania przyznaje, że właściwie nie potrafi się wyrażać lepiej niż przez słowo. Ja jej wierzę.

SŁOWO

jest odcedzone, jakby Miłobędzka już od pierwszego tomu (Anaglify, 1960) wydobywała je czerpakiem. Później odcedzała z nadmiaru wody, wysączała samą esencję i serwowała w dawkach, gdzie niedosyt miesza się z przesytem. Niedosyt – jej obrazów, myśli, które można chłonąć prosto w tkanki, aż po przesyt – intelektualno – emocjonalny, jaki wywołuje.

WYWOŁYWANIE DO TABLICY

Debiut w wieku 28 lat, czyli już dojrzały, odbił się przejrzyście w wierszach, w których brak niekontrolowanych wybuchów, spustoszeń. Zbędnej ornamentyki. Ten tom zakrawa na moralitet o człowieku, zresztą bardzo przystępnie podany. To nie foliant, nie elaborat, a kombinat krótkich tekstów. Tak małych, że ledwie zauważalnych. Kilka wersów poetyckich w prozie. Proza ze skrzywieniem poetyckim.

Ulotność człowieka, jego zdolności asymilacji, również wobec krzywdy. Tym ocieka treść Anaglifów, jak słabo trawienna treść żołądka. Lecz ludzie to tylko fragmenty przyrody. Stoją w tym samym szeregu ze zwierzętami, roślinami. Są tylko parą na szybie, póki utrzymuje się właściwa temperatura. Jedynie prawdziwe, jeśli ich nie pozbawić natury – kolców. Nie zapomnieć o unikatowości każdej jednostki, co jedynie gwarantuje podejście jako do podmiotu – nie przedmiotu – kontrakcji, współżycia. Nie zapomnieć o wronie, co na czubkach najcieńszych gałęzi (…) udaje lżejsze ptaki.

Nic też w przyrodzie nie ginie; martwa meduza spłaca dług morzu. Na potrzeby potężnego gatunku człowieczego giną drobne owady, drogocenne rozparcelowane zwierzęta, byleby tylko tworzyły wykwintne precjoza. Muzyka, choć niewidzialna, staje się obecna. Nie ulatnia się w powietrzu, dokądś trafia. Kolory – piękniejsze są nienazwane, dziewicze jak w dzieciństwie. Piękne, nieodkryte i niepokaleczone piętnem samego nazywania, jak traktują je ptaki, a najsilniej – kwiaty. Wyrwane z kontekstu obserwacji przeciętnej osoby – liście – przeżywają swój własny dramat spadania, bo to latawce są jesiennymi liśćmi dzieci. Jak pewien ekwiwalent wyjęty z innego utworu, w którym niebieska zakrętka butelki może upłynnionym pomarańczom, wypełniać obowiązki nieba. Owoce żyją, tętnią, nikt tego nie zauważa – kolejna tragedia bez oparcia. Krojone przez ostre noże.

Poetka w dziedzinie nadwzroczności zdobywać mogłaby medale. Odkrywa, całkiem słusznie, malowniczość myśli; nadmiar roi nieczytelne kleksy, pochopne i powierzchowne – sięgają płytkich odmętów rozumu, a te już kamienne, tak gęste i ciężkie, że ciut niedorzeczne.

NIE-DORZECZNA

Miłobędzka swoją symbiozę z przyrodą, wręcz uzależnienie od niej, potwierdza w kolejnym tomie swoich wierszy (Pokrewne, 1970). Sama wydaje się być tą, co daje ziemia, co daje światło, co daje powietrze. Świat przedstawia w literackiej, dłuższej formie, znowu zakrawającej na prozę. Mówi jednak w istocie wyraźniej, bieglej i dosadniej. Zakrawa o język gwałtowny, cielesny, czasem turpistyczny: olbrzymie ciała pokryte łuską, trą o siebie, trzeszczą (…), rozrywają echem; podarta kora drzew, strzępy skóry. Jak z rozciętego ciała może nie wytrysnąć krew; wzgórza drążone ręką, odsłaniane od rdzenia (…), zaszyte kikuty rąk.

Poetka opisuję tytaniczną pracę skolektywizowanej flory. Jej życie uzależnione od czynników li jedynie zewnętrznych, bo jest bezbronna, podatna, poddana. Bieg życia każe w końcu iść jak kobietom i mężczyznom – o lasce, czyli iść o śmierci. Czy można przemijanie, życie zdeterminowane przez śmierć, nazwać bieglej?

ROZEG
BRANA

i bliska przed ślad ćmy na palcach, kiedy z poezji wyłania się miłość prawdziwa, bo czuć, że nią jest moje wśród ciebie oczekiwanie. Miłobędzka nie potrafi wyrzec się tajemniczej aury przyrody. Oczywistej analogii, a nawet współuczestnictwa – w niej – człowieka. To właściwie żywot naturalny, macierz. Coraz ciemniej znaczy coraz bliżej; to są przyjścia i odejścia w wielką ciszę. W tle rozbrzmiewa sypiące się z kłosów ziarno (ile ziarna potrafi dać jeden kłos!), cała orkiestra pszenna. Słychać ciężko oddychające trzmiele, dogorywające po produktywnym zapylaniu. Nie można dociec kiedyśmy się rozstali, choć posiani razem?

Związki nigdy nie były łatwe, bo muszą zostać sprowadzone w jeden mianownik: my. Nic z jednostronnych przepaści: tu sama ta sama a przecież się dwoję. Ważne jest, by być blisko, najbliżej: w gardle czuję twój węzeł (…) i to jest proste (…) i znów się plącze, lecz jeszcze ważniejsze – czuwać. Chronić coś, co delikatne i przewiewne – domy o otwartych oknach.

DOM

Jeśli już układ krwionośny, to gniazdo snu. Jest sercem na otwartej dłoni (…), to muszla, w której szumi krew. Dzisiaj, dla samej poetki, dom to na pewno Puszczykowo, ale i ludzie, w których zdążyła się zakorzenić. Oczy, w których faktycznie rozbrzmiewa dusza – ze zdolnością do wtopienia się w otoczenie. Tak, zachowanie człowieka determinuje miejsce, osoby, okoliczności i on sam na ten sposób jest metamorficzny. Niezależny od siebie, poddany jedynie instynktom; zwierzę, co konsumuje jedyny dobytek. Przecież nastaje zachód, dzień już podsunął się do połknięcia. Tak podsuwa się codziennie, wgryza monotonia i nie widać rewolucji, starzenia się, zmian. To życie jest zbyt szybkie, skromne, zmywalne jak dołek w piasku – musi być uważnie pilnowany.

Jeśli już gęstwina drzew, to trzyma (…) w swoim wnętrzu, nisko od korzeni do ciemności. Oddycha się już nie swoimi płucami, tylko fotosyntezą, notabene – też nie własną. Cudzą i zieloną. To tak jakby czerpać niezmierzone pokłady z matki Ziemi i z matki, bo jest drzewem owocu zanim pąkiem. Z niej zrodzone też owoce żywota, które tę chorobę istnienia będą przekazywać dalej, dalej… Kolejne pokolenia. W końcu tylko dokoła po drzewach i dzieciach

się starzejemy. Czas przeszły kręci się w oczach. I jeśli już, to uosobienie domu w sobie, bo Ja domu serca kołatanie czerwone.

DZIAĆ SIĘ MOŻE, WITAĆ SIĘ ZACZYNA

bez zgody niczyjej, udziału żadnego. Po prostu się biegnie i osiąga – dosięga satysfakcji, bądź upadku. Ważne jest, by stać się jak ten kogut, co wypiał więcej, niż ogarnął skrzydłami. Próbować przesuwać granice zachowawczości, podnosić poprzeczki ambicji, przekraczać linie demarkacyjne bliskości. Jak źdźbło oku, nożyce trawie, piła drzewu – się drażnić, podsycać i lawirować na cienkich, lecz piękniejszych linach. One łączą pewnym włóknem przyrodę i człowieka. To iście wypracowany wzór na symbiozę gatunków. Uzależnienie siebie od siły natury, poddanie jedynie jej prawom, nie swoim. Dostosowanie i kompromis, tylko oczy bolą z powrotem do ziemi.

ZIEMIA URODZAJNA

Mimo, iż kolejny tom Miłobędzkiej (Dom, pokarmy, 1975) jest syntezą właściwej jej nowomowy, czyli bardzo skondensowanej treści, ubogiej w objętość. Zapisy kaloryczną prozą. Tutaj też zaczyna być, właściwe poetce, wyraźne ty (ty mnie) i ja (wywiązana z dwojga). To pewna kontynuacja umiłowania dla drugiej osoby liczby pojedynczej – jak u Przybosia. Podział na ciebie i mnie okraszony polisemią, czy grą słowną. Owa para zaimków opowiada historie toksyczne, stęsknione, bliskie i o śmiałych aspektach dziecinno – starczych. Przelewa się przez wersy niesamowita doza czułości, gdzie mianownikiem każdego czynu poetki (jeśli brać ją w ramach autokreacji literackiej), jest On, Jego, Ciebie: Ty wszędzie ja echo Twoje nieprzebrane Ty i Tobą piszę się. Zachodzi jednakowa akomodacja oczu dla świata, wspólne dowidzenie siebie, wspólnie niedowidzenie świata otaczającego Ją i Jego. Jego, które równie może być dzieckiem, czy Ją, która równie dobrze może być dzieckiem. Tak są niepokryci skorupą, choćby i łuską. Najbezpieczniej jest wśród zwierząt; instynkty. Wywoływanie podświadome, spokój i czułość, oddanie prawdziwe. Najpierw wziąć, by przekazać dalej, by nic nie ginęło w przyrodzie.

Wspólne przemijanie obok siebie, wytrwale, w biegu, kiedy nagłe zatrzymanie ukazuje siedmiomilowe kroki, postęp i destrukcję ciała, z którą trzeba się pogodzić. Dramatyczne moje mnie w dziecinnych słowach jeszcze, jeszcze / raz, rodzicom, które chciałoby być ucieczką. Odwołaniem do bezpiecznego schronu na tę wrodzoną nadwrażliwość. Chęć oswojenia z nią i dziecka: tylko nie płacz, tego nie przegryzę. To pragnienie kokonu, zwinięcia się choćby i pomiędzy wiersze, jakby za tym było coś schowane.

SCHOWANA

za własne zwielokrotnione oblicza i naturę raczej apatyczną, zdawkową, gdzie brak miejsca na jowialny śmiech. To raczej półuśmiech, który ciągle nosi znamiona poprzednich łez goryczy. Miłobędzka mówi o budowaniu domu ze słów. Tylko ten dom jest pełen antonimów – wznosi i ciąży. Miejsce odbicia, trampolina, ale i z kilkutonowym bagażem, dociążeniem. Do-ciąże-niem, bo strach macierzyński o dobro mniejszej istoty, choć równie bezbronnej jak poeta. Bo czuje że wszystko naokoło jest z nim. Co prześlizguje się pomiędzy wahaniami, ja ciebie zabolę rozśmieszę. Trzymanie klamry domu, nawet tworzenie jego czwartej ściany, drzwi, to nie lada trud, wyzwanie, któremu musi podołać największa, polska, żyjąca poetka awangardowa (nie ujmując nic Szymborskiej, Miłobędzką podłączam pod szufladkę). Jest sama bezbronna, wojująca słowem.

Czysto od strony technicznej, brak znaków przestankowych w wierszu pozwala na jeszcze większą uniwersalność odczytu, bo: tu cię tyle mniejszej / od śmiechu do płaczu / tak dużo, można rozumieć na wiele sposobów, między innymi tak, jak wydaje mi się najtrafniej

odczytane: tu cię tyle mniejszej do śmiechu, do płaczu tak dużo, co i potwierdza się na każdym kroku, strofie. Ujawnia w przeciągłym uzależnieniu od łez i – czasem z tego powodu – katatonii.

RELACJA Z TEGO

Ze zwyczajnych, życiowych potyczek, gdzie na pierwszy plan wyłania się człowiek, jego tragizm utkwienia pomiędzy tym, co dla niego dziewicze i nowe – za młodu, a później doświadczone i ulotne. To swoiste próby lotu / kończące się upadkiem i powrotem do gniazda, gdzie możliwości zawsze wydają się większe, niż są w istocie. Desperackie, naiwnie zmierzenie się z losem Ikara, podszyte zewem romantycznym. To co z marzeń dziecinne, zawsze pozostaje, musi przetrwać dorosłość. Latanie, wybijanie się nad rzeczywistość i rzeczowy grunt pod stopami, mimo iż wszędzie dobrze, gdzie nas niema (…), będziemy, gdzie byliśmy, synku. Przemyca się tu i rutyna, anonimowość, zwykłe toczenie się porządku dobowego, poddanie rytmowi domu, kiedy chciałabym na chwilę usiąść, niczego nie trzymać w rękach (noża igły / długopisu gazety)„. Kolejne oddanie się pod jego kuratelę, dobrowolne zaaresztowanie w muszlę. Tkanie ochronnej pajęczynki. Zostawienie siebie, dla siebie.

SIEBIE, BOLI

Bo ból to zagadnienie współistotne z samą poetką, która posługuje się nim jak łyżką. Godzi się z nim, układa, jakby był wrodzony. Sama przyznaje, że jej się naprawdę udał, ten ból, nawet bardzo. Znormalizowanie, przywyknięcie do bólu przekuwa w odporność na wszystkie przeciwności losu. W każdą sobotę kradną nam mleko sprzed drzwi i jest dobrze, można to znieść, przetrwać. Dlaczego znowu się nadużywać, między kąsaniem i lizaniem własnych ran. Lepiej zgasnąć we własnych / czterech oczach czterech ścianach. Wszyć się cicho i zaszyć w bylejakości codzienności, w jej doskonałości. Trzeba znaleźć dla siebie adekwatną, życiową rolę. Jakieś miejsce określone przedmiotami, które są znane i jasne. Przepisane na nasze, przypisane do naszego nazwiska i tych najbliższych w świecie rąk – bliskich, od których trzeba będzie się odwrócić, gdy przyjdzie pora. Prędko się starzeję (…), drzewa coraz śmielej żywią / się mną. Dlatego jest oczekiwanie, tęsknienie, by zamanifestować siebie. Pozostawić po sobie coś, czego drzewa nie mogą już przetworzyć.

TĘSKNOTY

Kiedy można wołać beznadziejnie: gdzie jesteś, tak cię pusto. Beznadziejnie, lecz o celu jasnym, zbliżeniu właściwie do każdego ukochania jakie się przydarza, jakie się trafiają miłości i dzieci. Zostają po nich zabawki, sterta dziecięcych ubrań na strychu i trochę sprana, wyprawiona skóra na rękach – dla nich. Czasem trzeba się żegnać na dłużej, przeżegnać na zawsze, albo chwilę, która tylko tak się wlecze. Wygląda na bezczas. Może lepiej wtedy mówić drzewami, kiedy język spełniałby rolę rekwizytu. Werbalnie można się nie dorozumieć, nie porozumieć mimo używania tego samego języka, etymologii, brzmienia. Różnie rozjeżdżają się koleje, na dziwnych stacjach i dalekich potrafią wysiadać ludzie. Uciekają, trzeba ich łapać, podbiec: jeszcze raz / Cię przeinaczę, żeby dotknąć. Nawet wśród najcichszych szmerów będzie słychać ten sam tętent serc, jedno kucie o kolejowe tory. Potem tylko rzucić na odchodne: śpiesz się / żebym miała do kogo pomyśleć. Im szybciej wyjedziesz, tym prędzej wrócisz. Czekanie przewinie się przez sierp i pełnię, kolejny sierp.

SIERP ABSURDU

do którego Krystyna Miłobędzka coraz to się przybliża, pęcznieje. Jakby była cała miastem, kobietą, dzieckiem. Zamknięta i na nich opięta. Jakby wiedziała i przeczuwała zarazem, w równych proporcjach. Jej klatka, wymieszanie, wygranie słowne. Słowa chcą żyć, nie mówić. Trzeba je rodzić. O tym właśnie mówi poetka, wracając do formy prozatorskiej w następnej książce (Wykaz treści, 1984). Niezmienne zostają poruszane tematy, zwykłe: życie, miłość i śmierć, komponowane wymienne. Użyte te same rejony słownika, platformy cierpienia, łez, bólu. Kolejny raz opłakuje, to jej / najlepszy głos. Wtedy należy przytulić, nie odepchnąć. Nie nadepnąć na odcisk, przysłuchać, wytężyć, bo tylko wtedy słyszę twój oddech / kiedy wstrzymam własny (…). Ograniczenie siebie, tego krótkiego schowka pamięci, dla ciebie.

Z OD, Z DO

Pędzenie liter, poganianie słów i przędzenie wierszy przez Miłobędzką wydaje się być szaleńcze. Tempo aż do zgubienia nóg. Jednak sama poetka nie jest aż tak uprzemysłowioną w produkcji, jakby się mogło wydawać. Przyznaje, że nie pisze automatycznie, tylko z potrzeby. Nieczęsto wypuszcza nowe twory do obiegu, ale jeśli już, jest to zarzynanie emocjonalne czytelników, czystą dawką perełek. Wielka rodzina podmiotów i przedmiotów rozważań. Manufaktura metafor, wykuwania aforyzmów. Zaszywa się u siebie, gdziekolwiek jest i boi zdobyczy technicznych. Nie sięgają jej samochody, windy, wielkie miasta. Stwierdza, że to dobrze. Jako kobieta na pełnym etacie domowym, bagażem dziecięcym ciągle zajmuje swoje ręce czymś, zdawałoby się nieistotnym. Pranie, prasowanie, prozaiczne czynności, które bez niej upadną. Za to do publiczności rzadko wyciąga ręce, a jakby ich wciąż poszukiwała.

Rzadko staje się główną siebie bohaterką. Raczej odczuwa zdwojenie innych, to im poświęca wiersze. Jakby tylko czujnie obserwowała, z czyichś gestów wyczesywała swoje. Dopatrywała siebie w nieswoim lustrze. W końcu znam siebie najlepiej z widzenia i słyszenia innych.

WIDZENIE, SŁYSZENIE, DOTKNIĘCIE

Współodpowiedzialność za przyrodę, zwierzęcych braci mniejszych. To i popiół do zadeptania i ogrom. Nie mów świat dopóki nie przeskoczysz. Życie to chwila, lecz chwila metamorficzna, kauczukowa. Można się bawić, odbijać od ziemi jak kangurkiem, albo zgubić. W takim razie dobrze jest pisać, spisywać poetce liryczne reportaże z dorastania dzieci, starzenia. Starzenia się, pomijając głuche, suche fotografie. Tutaj mamy kolor, dźwięk, zapach i ciepło. Słowo można przymierzyć, każdym receptorem odczuć wielokrotnie. Daje zrozumienie, przywraca zapomniane.

Potrzeba bliskości krystalizuje się gęsto, kiedy Krystyna Miłobędzka mówi, że tylko umarli nie wstydzą się czułości. No i może jeszcze rodzice, którzy wraz z nadejściem dziecięcia zmuszeni są zabić swoje infantylne zapędy, choć taka rola i emocjonalna i społeczna – znów napawa strachem. Zbyt szybkie dorastanie latorośli, zbyt szybkie starzenie ich, starzenie się. Boję się twoich coraz większych butów. Boję się, że może było mnie za mało, zbyt krucho. Można już być tylko częścią, nawet cząstką całego świata, domu, dziecka, śmierci, a śmierć cząstką życia.

CZĄSTKA ŻYCIA, KURTYNA

Tom pt. Wykaz treści, kończy się poematem, poeprozą właściwą poetce. To teatrzyk egzystencjalny, w powłoce bólu z nieoswojenia tych z zewnątrz. W żadnej chwili nie biorę pod uwagę, że jestem oglądana, / słyszana. Tylko moje, moje ze mną. Jednakowy teatr, scena, tylko czasem dekoracje inne i treść. Ten obraz nie może znieruchomieć. Ludzie przewijani od lewej, na proscenium, na prawo, karuzela. Poetka w środku, patrzy jak drąg na te zjawy, które czasem zatrzymują się na dłużej, i ledwie ukradkiem można zobaczyć obrzeżek ulatującego w prędkości – płaszcza. Niektórzy wracają, niektórzy  nie – zwyczajnie.

Jest taka chwila przed zaśnięciem, taka przed zatrzaśnięciem kolejnej książeczki, która się wgryzła w duszę aż po pięty. Choć sens życia pozostaje znowu nieodgadniony: opowiadam ci tylko jak jestem zrobiona od środka (…), żeby się podarować. Zapamiętać.

ZAPAMIĘTAĆ

Kolejna książka (Pamiętam, 1992), czyli zapisy stanu wojennego, jest zbiorem wierszy publikowanych w różnych, wtedy nielegalnych czasopismach. To też całkiem odrębny cykl twórczości Miłobędzkiej, bo bardziej zaangażowany, trudniejszy, jednak mówiący o wojnie znowuż nie w formie oceny, rozrachunku, a raczej przeżyć. Egzystencjalizm zaszyty w emocjonalność – tutaj nic się nie zmienia. Poetka dalej szlakiem ascezy i poszarpanych, ciętych zdań wydobywa fantastyczne twory (jakby z obrazów Hieronima Bosha). Wojna – ta druga i światowa; stan wojenny, na pewno. Lecz także każdy dzień, bój staczany permanentnie, bez wytchnienia. Niezależnie od polityki, gospodarki i ustroju. Kolejne batożenie pór roku, ciężkostrawnych sytuacji. Wszystko wywiera wpływ na dalsze postępowanie, wywołuje zmiany przepływu krwi, jak dni: te same oczy co innego widzą / te same ręce inaczej / usta inaczej / mój głos. Doskonały przykład, jak punkt siedzenia zmienia obraz, wykrzywia perspektywę.

Okropieństwa wojny nie można zrozumieć, a jedynie wyczuć. Dlatego Miłobędzka potrafi tak doskonale mówić nie o wojnie, a wojnę. Mówi wojnę, nawet jeśli skłania do milczenia. Uczczenia tych dat, faktów, miejsc, danych zamkniętych w: ręce, twarze, imiona. Potrzebni są inni ludzie, by dopełnić klamrą naszą samotność, którą zawsze mogą rozpiąć, wykraść. Potrzebni są by móc powiedzieć: my. Mówi my, klęczy my, wstaje my, śpiewa my (…), jesteś my. W trudnych czasach powszedniejącej śmierci, najważniejsze jest właśnie to my, tak zwielokrotnione jak mantra. Ja mięknie, jest zbyt słabe, by unieść zburzone struktury ulic, rodzin. Niby wszystko takie w liczbach, rutynowe i nawet nie wywołuje sensacji umieranie mas. Nikogo nie obchodzi, nikt się nie zastanawia nad detalami indywidualnych ludzi. Tylko poetka zauważa, że: każda śmierć człowieka jest śmiercią świata. Wszystko fragmenty; miłość rozrzucona na wiatr, ulatujące gdzieś z pyłem.

GDZIEKOLWIEK

Z drobnych dotknięć powstaje pieśń. Można zasuszyć odrobinę szczęścia, może jedynie w tym współbyciu, bo tym kwiatem jeszcze się zakwitnie. Tragedie zbliżają, układają skrupulatnie mosty, bo jest strach i przymykanie oczu, by nie pękły od widoku cierpienia. Jest osobno razem, jak cię nazwać. Mosty nad przepaścią, uśmiechy nad przepaścią. Trzeba siebie zachować, dla siebie. Znowu, choć obok giną ludzie, zbyt są zniewoleni, zamknięci. Brak reakcji jest reakcją. Przyzwolenie na śmierć – mordowaniem.

W tym wszystkim trzeba jeszcze zaakceptować, przyznać się po całości – właśnie do siebie. Całej. Wziąć własne pomyłki na plecy, dociążyć kark, iść dalej. Nauczyć się wolności, choć nie wiem ile jej potrzebuję / nasza wolność: że się tutaj przed tobą otwarłam.

TUTAJ, TERAZ

W kolejnej odsłonie (Imiesłowy, 2000) Krystyna Miłobędzka rozlicza się z biegiem, zbyt szybkim przełykaniem czasu. Żeby go starczyło, by się wyżyć. Sama poetka też biegnie, ale wolno, w trybie slow motion zauważa resztę. Ma ten ułamek sekundy wydłużony na tyle, by dostrzec wyostrzone piękno, drobiazgi. Potrafi się z nimi właściwie obejść. Uczciwie zestarzeć, dobiec do wnuka, do ogrodu i żalu nad sobą. Biec szybką kroplą po ciemnym liściu. Przemija jakoś pragmatyczniej, skrupulatniej. Dogłębnie wsłuchuje się między ciszę i hałas. Serca. Albo tętna wiersza. Potrafi stworzyć coś pięknego z prozaicznych elementów, kolejne kolaże, które mimo usilnych starań odstają od rzeczywistości. Niestety pełno w nich dziur (gdyby chociaż świeciły pustkami).

Mam wrażenie, że język polski sam rozbiera się przed poetką. Rozparcelowuje, rozmienia. „jestnienie / jest nie nie”. Jest nabieraniem nowego znaczenia. Sam bezradnie nie wie, „z czego zrobić gwiazdę”. Może lepiej nie robić, patrzeć i „widzieć z całych sił”. Natomiast solecyzmy ubierają się same. „jest ciszy w pokoju”, choć „ruch temu domowi”. Dom, słowo jak sztandar. Dom, wypełniony poetką jak sufit nagrzanym powietrzem, co wypływa od pieca, kaloryferów, miłości.

MIŁOŚĆ

spełnia się we wrażliwości. Boli wszystko, napoczyna się bólem, rozwija i kończy. Nie znam grubości mojej skóry, nawet jeśli to nie ona decyduje, a sposób w jaki zadajesz razy. Najbardziej boli, kiedy trzeba nad nim zapanować, opanować, utrzymać. Przetrzymać, choćby i zemdleć. Kiedy się mimowolnie kogoś rani, dostarcza nowych porcji. Kwintesencja poezji Miłobędzkiej: Świat myśli mi się biegnącymi zwierzętami roślinami ludźmi. Chyba koniecznie w takiej kolejności. To są obrazy, nawet jeśli nie ma obrazu, tylko twarz dziewczynki w skrzydłach podróżnego lustra.

W SKRZYDŁACH  PODRÓŻNEGO LUSTRA

Krystyna Miłobędzka dąży do silnego wyartykułowania autonomicznej enigmatyczności, własnej fleksyjności (Wszystkowiersze, 2000). Wypracowuje właściwy tylko sobie język poetycki, konsekwentnie uściśla go, kondensuje w uboższe objętościowo formy. To można odczuć, lecz i upewnić się choćby poprzez Wiersz gęstwinę i Wiersz przesiekę – ten sam utwór wykrystalizowany z obszernego materiału. Bardzo odchudzony.

Nowy tom to też i koncept na stosik wierszy z wierszem w tytule i odpowiednim dla niego epitetem, jak Wiersz ulotny: wiatr go porwał. Zaznaczona została tutaj niecodzienna zabawa językiem. Polisemia i niejednoznaczność – one są głównym elementem skupiającym, tak jak w poezji o wiele młodszej (rocznik ’76) Anety Kamińskiej. Zdominowanie grą lingwistyczno – semantyczno – poznawczą. Gdy słyszę Wiersz wróbel: jednym „ćwiiirr / trzyma się / tej kartki – to naprawdę słyszę wróbla za oknem, nawet jeśli tylko roję. Bo to zaczęła się wiosna i piękny poranek (piętnaście stopni powyżej kresek). Tak, Wszystkowiersze najlepsze są w taką porę – kompozycja dopełniona. To też nadzieja i kobieta spełniona w wierszu, Wierszem z przyszłością, bo (w tym wierszu zawsze będzie dziecko).

ZAWSZE

książka nominowana do nagrody Nike zdobywa większy rozgłos (Po krzyku, 2004). Nie mówię o popularności, bo kiedy i gdzie w poezji dostrzec można było rzeczywistą popularność? Palce jednej ręki. Palce u Miłobędzkiej znów muszą szybko gromadzić słowa. W końcu to już znane, że najczęściej towarzyszy jej pośpiech, a przez ten pośpiech szybciej się starzeje: coraz dłuższe patrzę, coraz krótsze widzę. Niklejsze są również relacje międzyludzkie, bo nie ma komu powiedzieć siebie głośno, nie ma kto dotknąć, zobaczyć, zwyczajnie i najprościej – zrozumieć. Miłość staje się ulotna, miesza z nienawiścią, a tych sobie najbliższych – nie da się złapać, zatrzymać. Twoja twarz – w mojej wiśle / ciekniesz mi przez palce do morza / i nie umiem się napić. Dobywanie wrażliwości, bez ckliwości.

NIE UMIEM

Całe niebo pełne sprzeczności, oddzielone, przesiane: nie spiesz się tak, za prędko siwiejesz / biegnij biegnij, tyle twojego co zakłuje w piersiach. I w Po krzyku pojawiają się uporczywe zaimki, grane na tą samą nutę, co od początku twórczości poetki, ciągłe ty. Afirmacja własnego poddania, wobec tego ty. Oddanie się pod jurysdykcję ty. Zaakceptowanie ostateczne ty, kiedy kocham cię razem z twoją śmiercią. Czy to jest egzaltacja? Raczej nie, to jeszcze bezpieczna granica czułości wtajemniczonej, chronionej, miękkiej jak nabłonek. To połączenie – wydaje się nierozerwalne w poezji – Erosa i Tanatosa – bardzo silnie kreśli się u Miłobędzkiej. Trzeba tylko wykrzyknąć się w odpowiednich ludzi i kochać ze śmiertelnie bliskiej odległości.

Z BLISKIEJ ODLEGŁOŚCI

trzeba podziwiać sztukę bycia cicho. Poszanowanie siebie dla siebie, siebie dla ciebie. Chwila na oddech, który może być równie dobrze jak wiatr pędzący wiersze na kartkach, które jeszcze ciepłe pod naporem słów. Poetycka hibernacja, zaginięcie i niedomaganie, kiedy jestem wszystkim czego nie mam.

NIE MAM, Z-GUBIONE

Ostatni tomik Krystyny Miłobędzkiej (Gubione, 2008) jest wypadkową wszystkiego, o czym do tej pory mówiła, jednak brak tu wtórności, nudy, wręcz przeciwnie. Obszerne, prozatorskie utwory z początku jej twórczości zostały zmarginalizowane, zminimalizowane. To jest owa kondensacja (tak, wiem, powtarzam się), do której poetka świadomie, bądź nie – zmierzała.

Wracając do wtórności – poetkę dręczą te same demony, tylko inaczej je określa. Lapidarnie, dojrzale. Znowu ciągły bieg, bieg… Czyżby w miarę upływu lat ów bieg się nasilał, czy tylko, mimo słabszego wzroku – wyostrzał, rozjaśniał? Nawet jeśli bez niego, bez niej która usiłuje być mną. Jak ważne to by mówić, mówić, zdążyć. Nadążyć za rytmem narzuconym przez autorkę, przez podmioty liryczne, które usiłują nią być w istocie. Jak to zachować na tle kolejnych zwielokrotnień życia, bo przecież drzewa, rzeki, góry, drogi, świat cały do objęcia. Szybko, szybko, żeby zdążyć. Dzień dobry w środku nocy. Zdążyć zgubić to, co tylko się myśli, że posiada, a w rzeczywistości wydzierżawia. Pożycza. Przyroda, jak pokolenia, zatacza koła. Ciągle to samo, rodzenie się, dorastanie, dojrzewanie i umieranie. Takie zwykłe, jak co roku dzieje się z drzewami. Trzeba się nauczyć zauważać. Dlaczego znowu wszystko jedno ze mną?

Kolejny raz wyrażona słabość, każde Ty mocniejsze ode mnie. I to Ty nie jest bezosobowe, to Ty z szacunkiem i czcią wypowiedziane. Chociaż w strachu i bezsilności właściwszy byłby szept. Twoje uśmiechnij się / moje nie umiem, jest równie bezradne. Moje też rozsypuje się w piasek.

oje też rozsypuje się w piasek.

Co myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s